Brainmed.pl – blog psychologiczny

Archiwum -Maj 2014

E-narkotyki czyli – na dźwiękowym haju

enarkotyki

Młody człowiek nie pali, nie pije, nie bierze tradycyjnych narkotyków.  Wręcz ideał dla rodziców, którzy nie muszą się zamartwiać. Z drugiej strony bardzo często rodzic widzi swoje dziecko ze słuchawkami na uszach. Myśli- nie ma powodu do niepokoju, po prostu lubi muzykę. Ale czy tak jest faktycznie? Czy możemy być tego pewni? Okazuje się, że niekoniecznie, ponieważ ostatnio stało się możliwe narkotyzowanie przez słuchanie. Możemy już mówić o nowej modzie wśród młodzieży, która chętnie eksperymentuje z dźwiękami mającymi ich wprowadzić w stan odurzenia.

E-narkotyki, iDosy, e-diler, te słowa brzmią chyba jeszcze dość abstrakcyjnie i niezrozumiale. Ledwo zdążyliśmy wprowadzić do słownika i do życia e-papierosy, a już po chwili pojawia się coś nowego i to na dodatek, jak twierdzą eksperci, niebezpiecznego. Czym więc są te e-narkotyki (iDosy)? To nic innego, jak pliki dźwiękowe. Nie są to jednak utwory muzyczne w klasycznym tego słowa znaczeniu. Bardziej przypominają stukoty, wiercenie, szum, buczenie, ale także brzmienie fal morza. Dźwięki te mają stymulować mózg, działać na korę mózgową i struktury podkorowe, które są odpowiedzialne za emocje, odruchy, nadawanie znaczenia. Są one sztucznie wygenerowane i mają określoną częstotliwość. Aby osiągnąć zamierzony efekt częstotliwość tych dźwięków musi być niska. Poza tym nagrań należy słuchać przez słuchawki stereo, ponieważ do każdego ucha podawane są dźwięki o różnych częstotliwościach. Przykładowo do jednego ucha dociera dźwięk o częstotliwości 300 Hz, a do drugiego 310 Hz i właśnie ta różnica 10 Hz miałaby wprowadzić nas w określony stan. W tym przypadku w stan alfa (stan relaksu i odprężenia), w którym częstotliwość fal mózgowych człowieka wynosi od 8 do 13 Hz. Czytaj dalej

Wariograf współczesnym nosem Pinokia?

wariograf

Nie ma się co oszukiwać- kłamstwo jest wpisane w ludzką naturę i nie ma na tym świecie człowieka, który w swoim życiu mówiłby tylko i wyłącznie prawdę. Od zarania dziejów ludzie zastanawiają się też, w jaki sposób można stwierdzić, czy ktoś kłamie czy nie.

Już starożytni próbowali wykazać, że kłamstwo ma krótkie nogi i można łatwo je odkryć. W 1500 roku przed naszą erą Indianie wykorzystywali do wykrywania oszustw osła i kaganek. Nasycali ogon zwierzęcia pozostałością z lampki oliwnej i umieszczali je w ciemnym namiocie. Następnie do namiotu wchodziła osoba podejrzana o kłamstwo, której zadaniem było pociągnięcie osła za ogon. Informowano ją wcześniej jedynie o tym, że jeśli osioł przy tej czynności ryknie, świadczyć to będzie o tym, że ta osoba jest kłamcą. I tak oto po wyjściu z namiotu oglądano ręce poddanych badaniu i jeśli były czyste, znaczyło, że „magiczny” ogon osła nie został wcale dotknięty. To zaś świadczyło dalej o tym, że kłamca chciał po prostu w ten sposób uniknąć zdemaskowania. Chińczycy uważali natomiast, że emocjonalne napięcie wywołane przez kłamstwo ma swoje odzwierciedlenie w fizjologii powodując zaprzestanie ślinotoku. Dlatego też osoby oskarżone o przestępstwa musiały brać do ust garść suchego ryżu. Po przesłuchaniu wypluwały go i jeśli ryż nadal był suchy to osoba zostawała uznana kłamcą. Afrykańskie plemiona wykorzystywały czarownika, który podczas tańca obwąchiwał oskarżonego i na podstawie jego zapachu dokonywał werdyktu. W średniowieczu zaś oceniano domniemaną niewierność kobiet przykładając palec do jej nadgarstka mierząc tym samym puls. Czytano nazwiska potencjalnych kochanków wychodząc z założenia, że puls przyśpieszy przy odczytaniu tego rzeczywistego. Lata mijały, metody ewoluowały, jednak założenie pozostawało to samo- człowiek wykazuje fizjologiczne objawy podczas mówienia nieprawdy. Dopiero rozwój technologiczny sprawił, że możliwe stało się stworzenie maszyny rejestrującej parametry fizjologiczne związane z pobudzeniem emocjonalnym, które może występować przy kłamstwie. Owo urządzenie to wariograf, inaczej zwany poligrafem lub detektorem kłamstw. Wynaleziony on został w 1921 roku przez Johna Augustusa Larsona. Czytaj dalej

Czytając z twarzy, czyli parę słów o ekspresji mimicznej

Mimika

„Kiedy oko mówi jedną rzecz, a język inną to praktyczny człowiek polega przede wszystkim na wymowie tego pierwszego”. To zdanie wypowiedziane w XIX wieku przez Ralpha Waldo Emersona pokazuje,  jak wielkie znaczenie w komunikacji międzyludzkiej ma mowa niewerbalna.  Składają się na nią wszelkie komunikaty, które nie są nadawane przez człowieka za pomocą słów. Okazuje się, że aż 35 procent informacji przekazujemy kanałem niewerbalnym. Wskaźniki niewerbalne obejmują szereg zagadnień: mimikę, pantomimikę, kontakt wzrokowy, dystans, terytorialność, efekt zmiany wielkości źrenicy, ton, tempo i głośność mówienia oraz formację facingową.

Jednak to mimika, czyli ekspresja emocji za pomocą mięśni twarzy jest zwana „koronnym klejnotem komunikacji niewerbalnej”, dlatego też skupię się na niej. Już Darwin twierdził, że mimika jest uniwersalna i ma charakter ewolucyjny. Smutek, radość, złość, zniesmaczenie, strach i zaskoczenie to emocje podstawowe, tzw. wielka szóstka. Są one wyrażane we wszystkich kulturach identycznie. Złość na twarzy Polaka będzie trafnie odczytana w Indiach, Stanach Zjednoczonych, Japonii czy w RPA. Gdybyśmy dotarli teraz przykładowo wraz z podróżniczką Beatą Pawlikowską do jakiegoś plemienia w dżungli amazońskiej, które do tej pory nie miało żadnej styczności ze światem zewnętrznym, to plemię to również prawidłowo odczytałoby emocję Polaka. Skąd o tym wiemy? Otóż potwierdziły to badania w latach siedemdziesiątych. Badacze Ekman i Friesen natrafili w Nowej Gwinei na plemię Fore. Lud ten był niepiśmienny, a jego członkowie nie widzieli dotąd białego człowieka i nie mieli kontaktu z kulturą Zachodu. Mimo to prawidłowo zinterpretowali emocje z przedstawionych im fotografii, co tylko potwierdziło tezę, że poszczególne ekspresje twarzy powiązane są z odpowiednimi emocjami uniwersalnie. Czytaj dalej

Neurofeedback – nowoczesny sposób na trening mózgu

neurofeedback

Neurofeedback i biofeedback to terminy, które powoli i nieśmiało przedostają się do naszego słownika. Coraz częściej możemy o nich usłyszeć lub przeczytać.  Zwiększa się liczba placówek, które w swojej ofercie mają „coś”, co nazywają treningiem neurofeedback. Co więc kryje się pod tymi obco brzmiącymi nazwami? Czym właściwie jest neurofeedback? Na jakiej zasadzie działa? Skąd wynika jego rosnąca popularność?

Od NASA do sportu i służby zdrowia
Biofeedback to inaczej biologiczne sprzężenie zwrotne. Jest to metoda, dzięki której człowiek dowiaduje się, co dzieje się w jego organizmie, a ściślej mówiąc otrzymuje informacje o zmianach swojego stanu fizjologicznego. Zmiany te są monitorowane przez odpowiednie urządzenie (np. komputer) i to właśnie ono dostarcza człowiekowi informacji zwrotnych. Otrzymując te informacje można nauczyć się świadomie kontrolować i modyfikować funkcje, które normalnie są regulowane nieświadomie, takie jak reakcja skórno-galwaniczna skóry, napięcie mięśni, fale mózgowe czy oddech. Biofeedback może więc występować pod różnymi postaciami. Jedną z nich jest neurofeedback, czyli biofeedback EEG (elektorencefalograf) wykorzystujący potencjał i zdolności naszego mózgu. Zanim neurofeedback trafił do medycyny klinicznej, został wykorzystany w NASA przy szkoleniu astronautów oraz pilotów, czyli osób obciążonych dużym stresem. Pozytywne działanie biologicznego sprzężenia zwrotnego na walkę z napięciem przedstartowym zostało zauważone również w wyczynowym sporcie. Jednym z najbardziej znanych polskich sportowców, którzy wykorzystali potencjał tkwiący w biofeedbacku był Adam Małysz.

Ureguluj swoje fale mózgowe
Wyobraź sobie teraz, że siedzisz na wygodnym fotelu, do głowy i uszu masz przyczepione elektrody, które podłączone są również do urządzenia EEG. Naprzeciwkowidzisz monitor, na którym pojawia się coś, co wygląda na grę komputerową. Twoim zadaniem jest sterowanie samochodem. Tyle tylko, że nie masz joysticka, klawiatury ani konsoli. Narzędziem, które ma poruszać pojazdem jest  twój własny mózg. Sterowanie grą za pomocą myśli to już nie melodia przyszłości, ale rzeczywistość, w której uczestniczmy. Elektrody podczas takiej sesji odbierają fale mózgowe i przekazują je dalej do urządzenia. Terapeuta widzi je w postaci wykresu, zaś pacjent w postaci gry komputerowej. Jeśli zadanie (poruszanie samochodem) wykonywane jest poprawnie, co oznacza aktywność fal mózgowych w pożądanej częstotliwości, to nagradzane jest to punktami lub sygnałami dźwiękowymi. Nagrody te są swoistą motywacją dla mózgu. Tak właśnie działa neurofeedback. Dzięki tej technice człowiek uczy się aktywowania i wzmacniania pożądanych (w zależności od celu) częstotliwości fal mózgowych oraz osłabiania tych niepożądanych. W konsekwencji po takim treningu człowiek może już to robić bez udziału „maszyny”. Czytaj dalej